wtorek, 27 stycznia 2026 20:55
Reklama
Reklama

ROZMOWA TYGODNIA: W 6 miesięcy samotnie pokonała 15 tys. kilometrów, odwiedzając 12 europejskich państw

Robi zdjęcia, podróżuje i ćwiczy jogę. W wolnych chwilach pisze książkę i robi prelekcje dla licealistów. Kilka tygodni temu wróciła z niesamowitej wyprawy rowerowej, podczas której odwiedziła 12 krajów i pokonała 15 tys. kilometrów. Na każdym kroku udowadnia wszystkim, że nie ma rzeczy niemożliwych, a jedynymi barierami, które nas ograniczają są te, w głowie. Mowa oczywiście o Oli Mae Orlikowskiej, która sama zaznacza, że jest bezgraniczną optymistką. O tym, kogo spotkała na trasie, jakie przytrafiły się jej przygody i dlaczego warto spełniać swoje marzenia - przeczytacie w rozmowie z naszą dzisiejszą bohaterką.
ROZMOWA TYGODNIA: W 6 miesięcy samotnie pokonała 15 tys. kilometrów, odwiedzając 12 europejskich państw

Autor: archiwum prywatne Oi Mae Orlikowskiej

- Jest Pani niewątpliwie ciekawą osobą, pełną pasji i energii. Może przybliży Pani swoją postać naszym Czytelnikom?
- Z zawodu jestem fotografem, z przypadku uprawiam jogę, a z wyboru podejmuje postrzelone decyzje. Przez prawie 6 lat mieszkałam w Stanach, w Londynie pracowałam na jednym planie zdjęciowym z Helen Mirren, a kiedyś w burzy zbiegłam w dół Wielkiego Kanionu i wbiegłam z powrotem. Jestem bezgraniczną optymistką, dostaję głupawki, kiedy jestem zmęczona, a pogłoski głoszą, że zdarzyło mi się piszczeć ze szczęścia na widok koźląt.


- Kilka tygodni temu wróciła Pani z wyjątkowej, 13-miesięcznej, wyprawy rowerowej. Skąd w ogóle wziął się ten pomysł? Kto Panią zainspirował do tak odważnej decyzji?
- Impuls do działania pojawił się kilka lat temu, kiedy nieoczekiwanie znalazłam się na życiowym zakręcie i zapytałam siebie: „Co sprawia, że jestem szczęśliwa?” Rower był pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy. Nigdy nie uważałam siebie za rowerzystkę, ale coś w byciu na dwóch kółkach sprawiało, że czułam pewien specyficzny typ wolności, który pamięta się tylko z dzieciństwa. Dlatego, chociaż nie do końca rozumiałam, skąd wzięła się we mnie chęć podróży, byłam przekonana, że muszę posłuchać głosu swojej intuicji. Wiedziałam też, że ekstremalny wysiłek przetestuje moje możliwości i pozwoli na głębsze samopoznanie. Nie zawiodłam się.

 - Pokonanie 15 tys. kilometrów i odwiedzenie 12 krajów to nie lada wyczyn. Czy tak  po ludzku nie bała się Pani? Ośmielę się stwierdzić, że podczas takich wypraw kobiety są bardziej narażone na różnego rodzaju niebezpieczeństwa.
- Obawiam się, że nadwrażliwość w stosunku do kobiet powiela tylko schematy i stereotypy, które zniechęcają je do wyjścia poza strefę komfortu. Z mojego doświadczenia kobiety bardziej niż na niebezpieczeństwa, narażone są na brak wsparcia ze strony społeczeństwa. Jeżeli chodzi o strach - w mniejszym lub większym stopniu - odczuwamy go wszyscy i jest on zupełnie naturalną emocją. Według mnie zamiast demonizować uczucia, które są niewygodne, powinniśmy stawić im czoło. W moim przypadku, to dzięki stopniowemu zmierzaniu się ze swoimi słabościami, byłam w stanie przemienić swój strach w odwagę.

- Czy to oznacza, ze trasa upłynęła bez większych problemów?
- Pewien szlak znajdujący się na skraju włoskiego wybrzeża na długo zostanie w mojej pamięci. Wędrowałam wtedy po trasie w poszukiwaniu jaskini, kiedy nagle z kieszeni plecaka w dół spadł powerbank z podłączonym do niego telefonem... Chcąc odzyskać rzeczy, zeszłam ze szlaku i osunęłam się 10-20 metrów po prawie pionowej ścianie skały. Kiedy wreszcie się zatrzymałam, poturbowana, zaczęłam mozolną wspinaczkę, niepewnie łapiąc się za odosobnione kępki trawy, które w każdym momencie mogły się oberwać. Poruszałam się wolno, ale metodycznie, aż do momentu, kiedy z głowy spadła mi legendarna czapka z wyprawy. Wróciłam po nią i chwilę później po raz kolejny zjechałam w dół przepaści... Wtedy naprawdę się przestraszyłam. Mój telefon nie miał zasięgu i został na szlaku, który znajdował się 20 metrów nade mną, a mi zrobiło się słabo... Ponad 20 minut zajęło, żeby wrócić na szlak. Pomimo obrażeń kontynuowałam wędrówkę, spotykając na swojej drodze metrowego węża i opuszczając się po dość partyzanckich linach, żeby dotrzeć do upragnionej groty. Nie poddaję się łatwo.

- To niebywałe szczęście, że wyszła Pani z tego cało. Czy nie pojawiły się wówczas zawahania? Nie myślała Pani o powrocie do domu?
- Podczas 13 miesięcy było wiele chwil, w których kwestionowałam słuszność swojej podróży. Nie jestem w stanie opisać, co pchało mnie do przodu, ale miałam wrażenie, że nie robię tego tylko dla siebie. Zdawałam sobie sprawę, że moje dokonanie może być przykładem dla wielu, ale w szczególności zależało mi na dwóch silnie odsłoniętych grupach społecznych, mianowicie kobietach i młodzieży. Przed wyprawą usłyszałam, że jako kobieta nie powinnam podróżować sama i wszystkim tym, którzy nieustannie umniejszali moje umiejętności, ze względu na płeć, chciałam udowodnić, że nie jest to żadne ograniczenie. Miałam również na uwadze młodych ludzi, ponieważ pamiętam, że w okresie licealnym, mi samej brakowało wzorów do naśladowania. Już w czasie podróży spisywałam to, czym mogę się z nimi podzielić, bo wiedziałam, że zwłaszcza w czasie pandemii, młodzież potrzebuje dodatkowych czynników mobilizujących i wsparcia. Teraz dzięki cyklom spotkań organizowanych w szkołach ponadgimnazjalnych, mogę dzielić się z nimi lekcjami z wyprawy.

- Podczas podróży, w Pani social mediach, pojawił się nowy, niesamowity bohater, z którym pokonała Pani 4 tys. kilometrów. Proszę przybliżyć Czytelnikom, o kogo chodzi.
- Kot Fryderyk pojawił się na mojej drodze nieoczekiwanie. Wychudzonego i zranionego znalazłam na obrzeżu ruchliwej drogi. Z początku był przestraszony i nieufny, ale wymiałczałam sobie drogę do jego serca. Od pierwszych chwil bardzo się ze sobą związaliśmy i stworzyliśmy zgrany duet. Ja uratowałam go od śmierci, a on dodawał mi skrzydeł, kiedy brakowało mi sił. Niedogodności związane z podróżowaniem z kotem, rekompensował futrzany system grzewczy, który był wyjątkowo użyteczny, zwłaszcza podczas chłodnych nocy pod namiotem. Wyprawa na wiele sposobów zmieniła moje życie, ale dla mnie jednym z jej najważniejszych elementów zawsze będzie zyskanie kociego przyjaciela.  

- Co o Pani wyczynie - bo tak to trzeba nazwać - mówią teraz Pani znajomi, rodzina..? Czy to samo mówili przed wyruszeniem w trasę, czy jednak mieli inne podejście? Z pewnością się o Panią martwili.
- Nietuzinkowe projekty zawsze łączą się ze sceptycznymi komentarzami, więc byłam gotowa na nieprzychylne reakcje. Moja familia przyzwyczajona jest do moich niekonwencjonalnych pomysłów i chociaż na początku nikt nie był wyprawą zachwycony, upór pomieszany z nutką narwania, płynie w naszych żyłach i wszyscy w rodzinie zdajemy sobie z tego sprawę. Świeżość podróży szybko opadła, a oni zaakceptowali moją nową normę. Z kolei moje otoczenie w większości nie traktowało pomysłu tej wyprawy poważnie i spodziewano się chyba, że wrócę do domu po 2-3 tygodniach. Tylko wąskie grono moich najbliższych przyjaciół, nigdy nie wątpiło w sukces wyprawy, ale po przyjeździe usłyszałam te same oklaski z dwóch stron.

- Ile czasu zajęło przygotowanie się do takiej ekspedycji? Mam tu na myśli przygotowanie fizyczne i mentalne.
- W zależności od formy, można powiedzieć, że do wyprawy przygotowałam się w 2 tygodnie albo 2 lata. Samo kupno roweru, sakw, sprzętu namiotowego etc. zajęło około dwóch tygodni, z kolei na przygotowania finansowe potrzebowałam 2 lat. Przeczytałam kilka stron poradnika, którego rady w większości zignorowałam, rower kupiłam na tydzień przed wyprawą i przetestowałam go raz. Nie trenowałam i nie przygotowywałam się fizycznie do długich godzin na rowerze. Stwierdziłam, że północ Europy będzie moim polem doświadczalnym i że wystarczająco przygotuje mnie do momentu, kiedy uderzę w bardziej wymagający teren. Nie myliłam się.

Dalszą część rozmowy z podróżniczką Olą znajdziecie w aktualnym wydaniu Gazety Kociewskiej.



Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
KOMENTARZE
Autor komentarza: mmmTreść komentarza: Problem jest systemowy i nie dotyczy tylko Starogardu. Strażnik miejski w Warszawie wystawia średnio 1,5 mandatu dziennie, gdzie pracownik obsługujący strefę płatnego parkowania w tym samym czasie kilkadziesiąt. Strażnicy działają prawie wyłącznie na wezwanie, sami nie podejmują prawie żadnych działań, a na wezwany patrol czeka się około dwóch dni. W Polsce panuje mit mówiący, że Straż Miejska istnieje tylko po to żeby łatać dziurę w budżecie, a w praktyce mandatów jest tak mało, że nie utrzymaliby się z tego przez miesiąc. Druga sprawa, że wiele osób wciąż chętniej piętnuje zgłaszającego wykroczenie niż kierowcę, który nielegalnym parkowaniem blokuje chodnik, zasłania przejście dla pieszych, czy niszczy trawnik. Nie wiem co musiałoby się stać, żeby zmieniła się nasza mentalność.Data dodania komentarza: 26.01.2026, 09:25Źródło komentarza: [FOTO, WIDEO] Parkują gdzie chcą i jeżdżą po chodnikach między pieszymi! Rynek - wizytówka miasta czy centralny parking Starogardu?Autor komentarza: teraz jaTreść komentarza: Po pierwsze : Ameryka Północna to nie Stany Zjednoczone Po drugie : Na mocy konstytucji duńskiej z 1953 roku Grenlandia jest integralną częścią Królestwa Danii, posiadającą od 1979 roku szeroką autonomię. W kwestii duńskich władz centralnych, które na Grenlandii reprezentuje wysoki przedstawiciel, są: sprawy konstytucji, obrony, polityki zagranicznej i monetarnej. Grenlandia wybiera 2 deputowanych do parlamentu duńskiego (Folketing). Lokalnym organem władzy ustawodawczej jest Landsting (kadencja 4 lata, z wyborów powszechnych), władzy wykonawczej – rząd, odpowiedzialny przed Landstingiem Po trzecie : mam nadzieję , że tym razem opublikujecie ten komentarz . PozdrawiamData dodania komentarza: 25.01.2026, 11:45Źródło komentarza: FELIETON: Grenlandia i Port HallerAutor komentarza: WTreść komentarza: 😉Data dodania komentarza: 24.01.2026, 18:53Źródło komentarza: Bluzy firmowe z logo - jakie wybrać?Autor komentarza: MAŻORETKI ŻANDARMETKI Spółdzielczego Domu Kultury w TczewieTreść komentarza: ŻANDARMETKI to nasza nazwa zespołu, ale dziękujemy za artykuł. 🙂Data dodania komentarza: 24.01.2026, 18:52Źródło komentarza: Mażoretki i Żandarmetki zapraszają do drużyny. Nowa oferta Spółdzielczego Domu Kultury w TczewieAutor komentarza: taka prawdaTreść komentarza: Port Haller -nowy pomysł PIS na ograbienie polskiego podatnika.Data dodania komentarza: 24.01.2026, 17:23Źródło komentarza: FELIETON: Grenlandia i Port HallerAutor komentarza: gratulujęTreść komentarza: Ogródki restauracyjne wśród śmierdzących samochodów. Fantastyczny pomysł.Data dodania komentarza: 23.01.2026, 13:00Źródło komentarza: [FOTO, WIDEO] Parkują gdzie chcą i jeżdżą po chodnikach między pieszymi! Rynek - wizytówka miasta czy centralny parking Starogardu?
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama