Ewa i Witek – historia do zapamiętania

  • 04.10.2021, 08:50
  • Piotr Szubarczyk
Ewa i Witek – historia do zapamiętania

Podziel się:

Oceń:

W niedzielę 26 września w starogardzkim kościele św. Katarzyny ksiądz proboszcz Dariusz Nenca przypominał – w formie komunikatu – dwie piękne postacie: starogardzianina Witka Wettę i warszawiankę Ewę Matuszewską – poległych w Powstaniu Warszawskim – w 77 rocznicę ich śmierci 26 września 1944 roku. Oto ten komunikat.

„Sierpień i wrzesień to w Polsce od lat czas wypominków związanych z bohaterami Powstania Warszawskiego, które trwało od 1 sierpnia do 2 października 1944 roku. Dzień 26 września jest szczególnie ważny dla nas, dla starogardzian. Tego dnia – w roku 1944 – na warszawskim Mokotowie doszło do wielogodzinnej bitwy powstańców z Niemcami, atakującymi przy pomocy czołgów. Ważną rolę w tej bitwie odegrała drużyna kaprala „Dzika”, czyli Witolda Wetty – harcerza ze Starogardu, wodniaka, który w roku 1942 przedarł się do Warszawy, by uniknąć przymusowego zaciągu do Wehrmachtu. Ukończył tajną podchorążówkę i w Powstaniu Warszawskim był dowódcą drużyny.

 

Drużyna druha Witka broniła ważnego stanowiska przy alei Niepodległości, umożliwiając swoim kolegom, żołnierzom legendarnego dziś pułku „Baszta” Armii Krajowej – odwrót w kierunku Śródmieścia.

W pewnym momencie pocisk wystrzelony z czołgu zmasakrował obydwie nogi dowódcy. Z wielkim trudem sanitariuszki zatamowały krew. Na ewakuację Witolda przed Niemcami nie było już szans. Pozostało tylko mieć nadzieję, że Niemcy ulitują się nad ciężko rannym. Czy pozostanie sam ze swoim cierpieniem w puncie sanitarnym? Sanitariuszka Ewa Matuszewska odmówiła ewakuacji: - Zostanę przy Witku.

Niemcy wpadli z wrzaskiem do punktu sanitarnego w piwnicy. Natychmiast zabili Witka i dwóch innych rannych. Ewę wyprowadzili na schody i oddali do niej serię z karabinu maszynowego. Kiedy w styczniu 1945 roku, po wyparciu Niemców z Warszawy, matka Ewy dotarła na aleję Niepodległości 119, jej martwa córka leżała jeszcze niepochowana. Trzymała w dłoniach bandaż, którego nie zdążyła użyć…”.

Ś.p. kapral Witold Wetta ps. „Dzik” został pośmiertnie odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Ewa ma swój pomnik w Warszawie, na Mokotowie.

 

*  *  *

Księże Proboszczu,

dziękujemy za przystąpienie do naszego wspólnego projektu. Wydamy broszurę (książkę?) ad memoriam, poświęconą chłopcom z Kociewia, którzy w sierpniu i we wrześniu 1944 roku walczyli w Powstaniu Warszawskim. Przedzierali się ze Starogardu do Warszawy przez zieloną granicę (Starogard był formalnie na terenie Niemiec, Warszawa w tzw. „Generalnym Gubernatorstwie”), by uniknąć zaciągu do Wehrmachtu. Wielu z nich zginęło w Powstaniu – za Polskę, za Warszawę, za polskie Kociewie, za Starogard. Proponujemy, by dniem pamięci o nich był corocznie 26 września – na pamiątkę bitwy mokotowskiej, na pamiątkę Ewy i Witka.

Do projektu przystąpił już nieformalnie starosta starogardzki, pan Kazimierz Chyła, znany felietonista Radia Głos pan Bogdan Wiśniewski, druh harcmistrz Jacek Ozimek, radny powiatu sztumskiego pan Piotr Stec, animator historycznych upamiętnień pan Stefan Kukowski z Tczewa. Zapraszamy do projektu wszystkich starogardzian i Kociewiaków w ogóle. Jeśli mają Państwo jakiekolwiek zdjęcia, pamiątki etc., związane z uczestnikami Powstania Warszawskiego z Kociewia, prosimy o ich udostępnienie do zeskanowania, skopiowania – za pośrednictwem redakcji „Gazety Kociewskiej”.

IPN o Ewie Matuszewskiej
Ukazała się obszerna broszura o Ewie Matuszewskiej, wydana przez IPN, napisana przez siostrę Ewę Gieniusz CSIC. Warszawskie siostry niepokalanki czują się szczególnie związane z Ewą i jej rodziną. Za tydzień broszura będzie dostępna w redakcji „Gazety Kociewskiej”. Warto ją przeczytać, bo opowiada o ludziach „z innego świata”, świata wartości, bezinteresownej służby ludziom i Ojczyźnie. Ewa Matuszewska była pielęgniarką, a właściwie lekarzem. Do wybuchu wojny ukończyła I rok studiów medycznych, na tajnych studiach zaliczyła II i III rok. W Powstaniu kierowała punktem sanitarnym przy al. Niepodległości 119. Była także sportsmenką: wioślarką, szybowniczką. Swój pseudonim „Mewa” wzięła od nazwy szybowca, którym przed wojną latała.

W sobotę 2 października
minie 77 lat od kapitulacji Powstania Warszawskiego. Przy tej okazji różni „mędrcy” będą nam znowu opowiadać, jakim „bezsensem” było Powstanie; że to była klęska etc. Oni wiedzą lepiej, co wtedy należało zrobić. Warto więc zauważyć, że opinie na temat Powstania i jego znaczenia w naszej najnowszej historii są różne. Przeważają opinie, że nie mieliśmy innego wyjścia a krwawa ofiara Powstania Warszawskiego była w ówczesnej sytuacji politycznej Polski – zdradzonej przez „aliantów” – zaczynem naszej walki o suwerenny byt. Potem byli „żołnierze wyklęci”. Też „bez sensu”? Pewnie Powstanie Poznańskie i Grudzień 1970, w takiej optyce, też „sensu” nie miały? Warto to wszystko przemyśleć.

Układ polsko-niemiecki o zakończeniu Powstania z dnia 2 października 1944 roku nie był de facto aktem kapitulacji. Strona polska wymogła na Niemcach traktowanie powstańców jako części Wojska Polskiego, które walczyło nadal z III Rzeszą na Zachodzie. Niemcy zgodzili się na ten układ nie z powodu swej „rycerskości” (o której niekiedy bełkoczą w kontekście wojny i Wehrmachtu), lecz dlatego, że zależało im na jak najszybszym opanowaniu całej Warszawy – wobec ofensywy wojsk sowieckich. Trwające 63 dni Powstanie Warszawskie (planowane na 3 dni!), było największą operacją ruchu oporu w okupowanej przez Niemcy Europie. To dla nas, po latach, powód do dumy, a nie mędrkowania w stylu dziennikarzyny Piotra Zychowicza, „odkrywcy” polskiej historii, autora prostackich książek, których miejsce jest w niebieskich pojemnikach na makulaturę...

Powtórzę to, co mówię i pisze od lat: Powstańcy warszawscy – także ci z Kociewia – proszą nas o pamięć i modlitwę, a nie o mędrkowanie. Podobno „z boku lepiej widać”. Jeśli tak, to przypominam, co napisał brytyjski historyk Norman Davies, autor głośnej książki o Powstaniu Warszawskim: „Dysponując wiedzą, jaką mieli dowódcy Armii Krajowej, Powstanie Warszawskie miało sens”.

II pakt Ribbentrop-Mołotow
O pierwszym pakcie R-M z 23 sierpnia 1939 roku wie prawie każdy Polak. O drugim pakcie wie mało kto. A szkoda, bo był równie wymowny i podły, jak ten pierwszy. 28 września 1939 roku Niemcy i Sowieci – przeżywający miodowy miesiąc swojej „przyjaźni” w okrwawionej Polsce – podpisali traktat graniczny, czyli traktat rozbiorowy na ciele Polski. Do tego traktatu dołączyli (tak jak 23 sierpnia 1939) tajny protokół, w którym ślubowali sobie solidarne zwalczanie polskiego oporu i jakichkolwiek polskich działań przeciwko drugiej, zaprzyjaźnionej stronie! Niech nam pan Putin nie opowiada dziś bajek o „bohaterskiej armii czerwonej”, której jedyną troską było bezinteresowne „wyzwalanie” narodów europejskich. Sowiety i Niemcy byli agresorami, jednakowo odpowiedzialnymi za wybuch II wojny światowej. Naszymi wrogami w tej wojnie nie byli „naziści” i „stalinowcy”, lecz Niemcy i Związek Sowiecki – dwa zbrodnicze państwa. Jeśli ktoś chce złagodzić ich zbrodnie przez opowieści o dobrodziejstwach sowieckich, jest po prostu pożytecznym idiotą dzisiejszej propagandy rosyjskiej. Niech nikogo nie dziwi, że w niemiecko-rosyjskiej rurze N-S2 wielu z nas widzi nową odmianę złowrogiego paktu z roku 1939. Sorry, taką mamy historię…

Piotr Szubarczyk

Komentarze (4)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

WMokwa
WMokwa 05.10.2021, 14:04
https://www.1944.pl/powstancze…
mieszałek
mieszałek 05.10.2021, 07:42
Ewa Witek? brzmi znajomo :)
poprawka
poprawka 06.10.2021, 06:43
a nie to elżbieta
QC
QC 04.10.2021, 21:46
Swietny artykul!

Pozostałe